piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział II- Wycieczka po Czarnobylu


 -Strefa zamknięta zajmuje dwa tysiące osiemset dwadzieścia siedem kilometrów kwadratowych na północy Ukrainy. Płoty i szlabany odgradzają ją od reszty świata, ponieważ skrywa jedno z mitycznych miejsc ery nowożytnej: reaktor bloku numer cztery. Strefa zamknięta została utworzona w 1986 roku ze względów bezpieczeństwa po niespodziewanej awarii bloku czwartego czarnobylskiej elektrowni jądrowej, do której doszło 26 kwietnia. Uwolniła ona napromieniowanie o mocy większej niż moc stu bomb wielkości tej, którą zrzucono na Hiroszimę, rażąc wsie, miasta, pola i lasy.
      -I co z tego?- Przewodnikowi wycieczki swój nudny wykład przerwał Łukasz. Był jednym z osób, których najbardziej lubiłam w swojej klasie. Miał fantastyczne poczucie humoru.
     -Jak to "co z tego"!?- facet nieco się zdenerwował- Setki tysięcy ludzi zachorowało, umarło lub zostało wysiedlonych! Wyburzono domy, zaplombowano studnie, na specjalnych cmentarzyskach samochodowych pogrzebano tysiące pojazdów, maszyn i helikopterów biorących udział w akcji ratunkowej po awarii!- Mówił wyraźnie oburzony. Musiał się tym bardzo przejąć, możliwe nawet, że pochodził z tych okolic. Przedstawił się jako Siergiej jakoś tam. Białoruskie nazwiska jakoś nie zapadają w pamięć. Mogli nam dac jakiegoś Polaka za przewodnika...
     -Taa?- zadrwił.
     -Uspokój się Łukaszu.- upomniał go jeden z nauczycieli który stał na samej górze rankingu moich znienawidzonych nauczycieli. Nazywał się Daniel Pieróg. Nazywaliśmy go "pierożkiem". Jego przezwisko nie tylko miało być zainspirowane jego nazwiskiem ale także pierogiem jako posiłek. Co pięćdziesięcioletni facet mógł mieć wspólnego z pierogiem? Otóż więcej niż się wydaje.
      Pieróg z wierzchu jest biały prawda? Pan Daniel też. Zawsze, ale to zawsze. Dzień w dzień. Nosi tylko i wyłącznie ubrania w odcieniach bieli. Ciekawe czy na pogrzeb żony też by przyszedł ubrany na biało. W dodatku to są zawsze markowe ubrania. U pieroga wewnątrz jest farsz- pomieszanie mięsa, kapusty itp. U Pieroga nie ma farszu ale też jest mieszanka- wrogości, wredoty i samouwielbienia. Nie rozumiem czemu taki człowiek w ogóle może pracować z młodzieżą.
   Byliśmy nadal w autokarze. Pierwszym punktem naszej wycieczki jest  reaktor. Później w planach jest Prypeć i wyjazd z strefy. Następnego dnia jednak znowu tu wrócimy, żeby zobaczyć Oko Moskwy (tak naprawdę nie wiem co to jest) i muzeum parków robotów, które były wykorzystywane przy likwidacji skutków awarii. Jednym słowem: nuda.
  Nagle w polu widzenia pojawił się ten legendarny reaktor numer cztery. Jest to brudnobiały, pokryty rdzą budynek w formie olbrzymiej skrzyni z blaszanym dachem i wieżą przypominającą mi wyrzutnie rakietową. W żaden sposób nie przypomina budynku po awarii.
   Gdy wyszliśmy zalała nas fala gorąca. Było mega ciepło. Zauważyłam, że metalowy dach pokrywają olbrzymie rdzawe plamy, rdza zżera fasadę i rusztowania z tyłu budowli, pozostawione prawdopodobnie w celach naprawczych. Mimo to wszystko wygląda na dosc zadbane; żywopłoty okalające podjazd są świeżo przycięte, rabatki zadbane.
   -Każdy z was przed wyjazdem podpisał instrukcję bezpieczeństwa, zobowiązując się tym samym, zeby przez cały czas mieć ciało całkowicie zakryte. A ja nadal widzę tu odsłonięte nogi i ramiona!- zaczeła Sójka. Kolejne stare babsko które uczyło nas ekonomii. Gdyby miała męża i dzieci to byłaby szansa, że wyżywałaby się na nich, a tak całą złosc przelawa na nas.
   - No chyba pani zartuje, że będę w taki upał nosiła dlugie spodnie i bluzę. - krzyknęła Anka.
   -Widzisz zainteresowanie na mojej twarzy małolato? Jeśli za pięc minut nie będziesz miała zasłoniętego ciała to zostaniesz w autokarze.
     -Anka, ogarnij się- doradził Dawid.
     -Ale ja wzięłam ze sobą tylko krótkie spodenki!
    -Spokojnie, jestem na to przygotowana...- odparła Sójka z dziwnym uśmieszkiem i zaczęła wyjmowac cos ze swojej torby.- Chyba nie myślicie, że przez jedną idiotkę jakiś opiekun będzie musiał zostac w autokarze. Nam tez nalezy sie ta wycieczka gnojki.- Powiedziała rzucając czymś w Anke. Okazalo się, że sa to dresy. Oczywiście sporo za duże na Anke i w dodatku czarne. Sama mialam czarna bluzę i czułam, że się zaraz zagotuję.
    - Ja mam to na siebie włożyc?! Nie ma mowy- protestowala Anka i zanim Sójka otworzyła swoją jadaczkę Maciek już był przy niej.
    - Słuchaj Anka, sprawisz jej ogromną satysfakcje jeśli będziesz musiała tu zostac. Zrób jej na zlosc, włoz je i pokaz ze wyglądasz w nich lepiej od niej.- Anka patrzyła przez chwile na niego wkurzona ale po chwili westcheła i powiedziała
     -Okej, co mi tam, raz sie żyje. Będzie beka.
    Podczas gdy czekaliśmy aż się przebierze przewodnik pokazuje nam licznik Geigera, który pokazuje stopień napromieniowania. Teraz pokazuje aż sześc milisiwertów na godzinę. W Polsce trzy i pół milisiwertów na godzinę to roczne napromieniowanie.
     - Noo Maciek ale ją przekabaciłeś- Zagaiłam mojego przyjaciela gdy wykład przewodnika zaczął mnie nudzic.
     - No nie? Nawet się kretynka nie zorientowała. No cóż, jeśli chce się zostac prawnikiem to trzeba się szkolic w manipulacji ludźmi.
    -Jasne, byle nie na mnie. Ale nie mów tak na nią. Anka nie jest taka głupia jaka się wydaje...
    - Mówię co myślę. Na moje oko jest bardzo głupia i nie za ładna. - odpowiedział.
    - Ależ ty jesteś chamski- zaśmiałam się dając mu sójkę w bok.
    - Nie wiadomo ile by im jeszcze zeszło z tą kłótnią a ja chcę byc jak najszybciej w hotelu.- mrugnął porozumiewawczo.
    - No ok, z tym zgadzam się z tobą w 100%.
    Nie mieliśmy pozwolenia na wejścia do środka reaktora. Mogliśmy na wszystko patrzec tylko z zewnatrz. Fascynujące. Krótki monolog o architekturze- nowoczesnośc plus ruiny- nic, co mogloby utkwic w pamieci. Znudzona podeszłam do bariery mostu.
    -Wnimanije! Odejdź z stamtąd!-Krzyknął do mnie przewodnik. Przestraszyłam się i odskoczylam jak oparzona. Co mu przeszkadza, że troszeczkę się oddaliłam?
    -Duroczka!Jacy oni są ciekawscy. Wracac do autokaru! - odparł wkurzony.
    Po kilku minutach reaktor zostaje za nami. Szosa skręca ostro, jeszcze kilka zawijasów, żywopłoty, rzędy drzew wzdłuż drogi i już mijamy małą łączke ogordzoną płotem. Znajduje się tu tablica z nazwą miejscowości, która zmieniła się w tablicę pamiątkową. U stóp tablicy leży wieniec: jodla i goździki- sztuczne, co calkiem rozsadne przy tych temperaturach.
    Pierwszym obiektem jaki rzuca się w oczy wjeżdżając do tego opuszczonego miasta jest wielki diabelski młyn i otaczające go pozostałości po wesołym miasteczka. Teraz jednak nie wygląda to zbyt wesoło. Chyba nie tylko ja wyczułam ten mroczny klimat.
    -Dlaczego przyjechaliśmy akurat tu do Prypeci? Przecież jest jeszcze wiele skażonych miast.- spytał Dawid.
   - Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że to największe miasto liczące osób. W dodatku w tym niezwykłym mieście założonym w 1970 roku mieszkali pracownicy elektrowni. Śmiało, wysiadamy.
    Las, niegdyś wykarczowany pod budowę miasta, wrócił na swoje miejsce. Wszędzie powyrastały drzewa- brzozy, olchy, wierzby- zasłaniają widok na domy.Przez tę dżunglę, prosto jak strzelił, ciągnie się aleja Lenina, niegdyś szeroki bulwar. Teraz to wąska trasa spękanego asfaltu, zarośnięta kępami karłowatej trawy. Drzewa zagnieździły się nawet w budynkach, przewiercając korzeniami podłogi, a koronami dachy. Mury porośnięte dziką różą, jaskrawe plamy czerwieni na szarym tle.
   -Miasto umarło 28 kwietnia 1986 roku, w dniu, w ktorym ewakuowano czterdzieści osiem tysięcy jego mieszkańców.Wyludniło się w jednej chwili, szesnaście lat po założeniu, trzydzieści sześc godzin po awarii reaktora numer cztery. Do dzisiaj nie wiadomo na sto procent, jak przebiegała katastrofa. Dokumenty i notatki kierownika zmiany oraz inżynierów przepadły w radzieckich archiwach i już ich stamtąd nie wydostano. Najbardziej prawdopodobną wersją jest to, że podczas rutynowego wyłączenia bloku technicy chcieli przetestowac systemy bezpieczenstwa.
   - Przecież wszędzie na świecie wydarzały się katastrofy: wojny, podział Niemiec, klęska głodu w Etopii, karczowanie lasów tropikalnych w Ameryce Południowej. Po co to wszystko roztrząsac...- powiedział sciszonym głosem Wiktor.
    - Reaktor powienien wtedy zmniejszyc moc do dwudziestu procent wartosci znamieniowej. Awaryjny system chlodzenia zostaje wyłaczony, aby zapewnic niezaklocony przebieg testu. Potem wszystko dzieje sie bardzo szybko. Moc spada zamiast do zaplanowanych dwudziestu pieciu procent do siedmiu procent. Kazda z osmiu pomp biegu pierowtnego zataje właczona, co bylo surowo zabronione. Automatycznie usuwane sa prety paliwowe. Zaczyna wytwarzac sie para. Zostaje zaledwie szesc pretow a powinno byc conajmniej pietnascie. Operator probuje wylaczyc reaktor awaryjnie, a pracownicy probuja jeszce z powrotem umiescic prety paliwowe w reaktorze.- Ludzie zaczynaja sie niecierpliwic. Juz gdzies w tyle slysze jak Marta obgaduje kogos z Alicja. Mimo ogolnego braku zainteresowania przewodnik konczy swoja opowiesc.
    - W prętach paliwowych topi się uran i paruje woda chłodząca. Eksplozja powoduje pekniecie wazacej tysiac ton pokrywy bloku numer cztery. Wybucha pozar, ktory obejmuje caly reaktor. Woda wchodzi w reakcje z grafitowymi pretami, piorunujaca mieszanka wodoru i tlenu wysadza ruiny budowl i radioaktywne czastki wznosza sie na wysokosc prawie półtora kilometra. Radioaktywna chmura rozciaga sie nad polowa kuli ziemskiej. Nastepuje katastrofa atomowa, najwieksz,a jaka mozna sobie wyobrazic. - skonczył powoli gaszac swoj entuzjazm. Widac, że znał kazdy szczegol katastrofy i nie satysfakcjonowalo go streszczenie całej hitoryjki.
   - Teraz się rozdzielimy. Lubicie to, więc pewnie będziecie zadowoleni. Podzielcie się w grupki po dziesięc osob i powiem wam co i jak.- Powiedział Piróg.
    Spojrzałam porozumiewawczo na Alicje. Zaraz doszły do nas Marta z Anką.
   - No to jesteśmy w czwórkę, co dalej?-spytała Marta. Rozejrzałam się wokoło i znalazłam to czego szukałam. A raczej kogo. Dawid wraz z Łukaszem i Mackiem.
   - Chodźcie do nich. Z nimi to będzie już szóstka. - I szybko poszłam za nim one się jeszcze odezwały.
  - Hej, dołączycie? - zagaiła Alicja machając swoimi długimi blond włosami.
  -Jasne, czemu nie. - przytaknął Łukasz.
  -Siemka, mogę dojśc? - doszedł do nas Konrad. Nie to, że go nie lubię ale jakoś za nim nie przepadam. Miał taki duży nos. Fu.
  - Okej.- Przytakneła rozweselona Anka.- Patrz, mamy podobne dresy.- zaczęła z nim rozmawiac.
  - Ooo idzie Wiktor. - powiedziała Marta.
  -Weźniemy go?- spytała Alicja.
  - No nie wiem...- zawachał się Maciek.
  -Własnie...- Łukasz tez miał wątpliwości.
  - Jest po równo. Czyli my z Wirginią mamy decydujące głosy, bo tamtych dwoje- tu wskazał na Anke i Konrada- chyba są zbyt zajęci sobą. Mi tam wszystko jedno, więc jak?- Powiedział Dawid. Nie byłam w jakiś bliskich relacjach z Wiktorem. Wiedziałam, że robił swietne zdjęcia, a prywatnie słyszałam, że jest niezłym kobieciarzem. Stwarzał pozory wrednego człowieka, ale w sumie co mi zależało.
  - Spoko, weźmy go. Będzie jednego więcej.
  - Ej Wiktor! Chodź do nas!- krzyczała do niego Alicja. Nagle podeszła do nas Sójka.
  - Ilu was jest? 1...2..5..9. Świetnie! Przygarniecie do siebie Sylwie. Sylwia, skarbie chodź tu.
  Sylwia to mega kujon. Z nikim nie rozmawia, żyje we wlasnym świcie jakby byla autystyczna. Pięknie rysowała i nie raz ozdabiała tablicy korkowe naszej sali swoimi pracami. Nigdy z nią nie rozmawiałam, więc to czy była czy też nie mnie nie ziębiło i nie grzało.
   -Słuchajcie mnie wszyscy!- krzyczała Sójka. - Za chwile pan przewodnik rozdam wam gumowe rękawiczki. Macie niepowtarzalną możliwośc przejścia się po opuszczonych domach
   -Możecie ogladac rzeczy, robic zdjecia, ale nie wolno wam dotykac przedmiotow na ziemi. Kurz jest pełen srontu. Pamietajcie zeby dobrze przykryc cialo. Otworzymy na chwile autokar zebyscie mogli zostawic jakis zbetny bagaz zeby bylo wam lzej.Spotykamy sie tu o równej piątej.- tłumaczył Siergiej.
   - Będzimy chodzili z opiekunami?- spytał ktos z tłumu.
   - Nie do konca.... ale bedziemy miec na was oko....od czasu do czasu... wiec bez numerow!- powiedziała sójka
    Weszłam do autokaru i zostawilam jedną butelke wody. Zastanowiłam się jeszcze raz czy ją wziac, ale w koncu wcisnelam ja pod siedzenie zeby nie grzało ją słonce. Uswiadomilam sobie, że zaden nauczyciel nie bedzie nas widzial, wiec zdjelam tez bluze. Alicja poszła w moje slady. Maciek wyciągnął z torby plastykiwą butelke po wodzie w której trzymał wódke.
    - Po co to zabierasz? - spytała Marta. Bała się przypału.
    -Spokojnie krasnalku. Kto wie czy nie nadaży się okazja poświętowac troche wczesniej.
    Słyszac to Dawid tez wyciagnął swoją. - W razie gdyby zabrakło...- puscil porozumiewawczo oczko.
     Poszliśmy głębiej w las. Po drodze mineła nas parka ludzi, którzy patrzyli na nas z zdziwieniem . My na nich tez tak patrzylismy bo mieli na sobie maski przeciwgazowe. Wyglądali idiotycznie.
     Wybraliśmy pierwszy lepszy budynek z kolumienkami na ganku i błękitnymi drzwiami. Pech chciał, że weszliśmy do opuszczonego przedszkola. Wiktor co chwile robił zdjęcia, Konrad z Mackiem sie wyglupiali a Anka stala trzy metry za nami i ogladala wszystko z przerazeniem.
     Bo sama musze przyznac, ze troszeczke strasznie bylo. Puste szafki, poszarpane, poplamione, piętrowe łózka, powybijane okna, mech.  W jednym pomieszczeniu przez podłoge przebil sie mlody klon o lisciach  w kropki. Pod drzewem leżą: blok rysunkowy z niedokonczonym obrazekiem koni, czerwone czapeczki, trójkołowy rowerek już bez kółek, brudne klocki, poprzewracane, drewniane ławki.
    -Aaaaaa!!!- zaczeła krzyczec Alicja z sasiedniego pomieszczenia. Wszyscy zjawili sie u jej boku w oka mgnieniu. Patrzyła z przerazeniem na brudna, pół łysa lalke bez oczu w samych majtkach.
  - I co się tak drzesz? - zadrwił Konrad. - To tylko lalka, czego tu się bac.
  - Lepiej patrzcie co my znaleźliźmy- powiedział Wiktor machając ręką byśmy poszli za nim.
  - Wejście na strych?- spytała Marta.
   - Nie otwierana od lat. Pomyślcie, co może ona skrywac. Nikt jej przed nami nie otwieral, oprocz włascicieli tego domku. - mówil podekscytowany Dawid.
  -Wiec sprobujmy to otworzyc- powiedziałam chcac mu zainponowac.
  - Ok, wiec podluzmy cos po czym mozna by sie wspiac... Dajcie ten stol... Wystarczy tu podwadzic...
  - Ktos tu krzyczal? Cos sie stalo? -Nagle niezauwazenie weszla Sójka z Siergiejem.
  - Nie... Alicja tylko...- I w tym momencie z impetem otworzylo sie wejscie na strych. Siergiej i Sójka patrzyli na nas przerazeni. Bylo tyle kurzu, że musielismy zaczac kaszlec.
  - Za mną w tym momencie!- Krzyknął wkurzony Siergiej.


Rozdział I- Kim jestem


 "Są dwie dro­gi, aby przeżyć życie. Jed­na to żyć tak, jak­by nic nie było cu­dem. Dru­ga to żyć tak,
jak­by cu­dem było wszystko."  A. Einstein


    Najgorsze jest to wyczekiwanie.
    Nie możesz doczekać się  upragnionej chwili i robisz wszystko  żeby czas szybciej płynął. Najczęściej wystarczy, że włączysz całkiem wciągający film lub zaczniesz grać w simsy i już nim się obejrzysz minie parę godzin. Tym razem  jednak nie miałam na to ochoty. Postanowiłam więc sprawdzić czy na pewno wszystko spakowałam. Zazwyczaj nie robię tego dzień przed wycieczką bo i tak większość rzeczy dopakowuję dopiero na drugi dzień. Jednak ta wycieczka nie była zwykłą wycieczką...
     Po pierwsze ze względu na to, że był to ostatni, wspólny, klasowy wypad. Tak, już za nie całe trzy tygodnie kończyłam swoją edukacje w liceum. W liceum gdzie nauczycielki były wredne i wciąż podkładały uczniom kłody pod nogi. W liceum z którego od godziny ósmej do godziny trzynastej nie dało się wydostać. W liceum  gdzie malowanie włosów, rzęs czy paznokci było traktowane jak największe przestępstwo. W liceum  gdzie robiono wszystko by obniżyć samoocenę uczniom oraz pokazać gdzie ich miejsce. Na deser liceum, które absolwenci pieszczotliwie nazywali poprawczakiem. Szkoła do której nie chciało się wracać wspomnieniami.
      Na szczęście temu melancholicznemu tłu koloru dodawali moi przyjaciele. Moja klasa jest jedną, dwudziesto-dwu osobową ekipą z którą można  konie kraść. Nawet gdy jedna dziewczyna nie przepada za jakąś inną ktoś spoza grupy by tego nie zauważył bo wszyscy darzymy się wielkim szacunkiem. Najważniejsze jednak jest to, że wśród nas panuje zasada "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" i mieliśmy nie jedną sytuację by to udowodnić.
      Po drugie- miejsce do którego jechaliśmy było wyjątkowe. Białoruś. Czarnobyl. Prypeć.
      Parę lat temu to miejsce było zakazane do zwiedzania i chyba wszyscy wiemy dlaczego- pewnej nocy wybuchł tam reaktor doprowadzając do rozprzestrzenienia się radioaktywnej chmury. Teraz  nie ma się o co martwić bo skażenie jest minimalne. W ogóle to nigdy nie rozumiałam o co był cały ten szum wokół Czarnobyla. Ludzie musieli stamtąd wyjechać bo...? Z obawy żeby im włosy nie powypadały? I niby czemu tam nie wrócili? Przewrażliwieni.
        W bagażu podręcznym miałam jeszcze sporo miejsca. Mój plecak był zaopatrzony głównie w prowiant bo mama uparła się, żebym nic tam nie jadła. Według niej dania które nam tam podadzą mogą być zrobione z roślin, które tam rosną i mogą być napromieniowane. Kolejna przewrażliwiona. Aż wstyd mi za nią.
        Rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu czegoś co jeszcze może mogłabym wziąć aby zająć sobie czas podróży. W autokarze siedziałam z Alicją- fajną dziewczyną z którą mam wiele tematów do obgadania ale z doświadczenia wiem, że nie będziemy zbyt wiele rozmawiać. Głównie dlatego, że ona większość drogi prześpi.
        Mój pokój był dość duży. Spokojnie mogłabym go dzielić z jeszcze jedną lub nawet dwoma osobami. Jednak nie mam go z kim dzielić. Chyba, że z bratem, którego szczerze nie znoszę. Między nami nie ma takiej zwykłej sprzeczki rodzeństwa- my się naprawdę nie lubimy. Jest pyskaty, niedojrzały, głupi, brzydki, nieposłuszny i potwornie rozpieszczony. Ja w jego wieku byłam grzeczniutka. On od urodzenia był "tym słodziakiem" w naszej rodzinie i skrupulatnie to wykorzystywał.
      Na szczęście Pan Bóg zrobił dla mnie małe zadośćuczynienie. Otóż nasz słodziak Piotrek jest rudy. W dodatku chodzi w okularach przez co często jest obiektem kpin swoich kolegów. Wiem to bo raz przyszedł do domu z płaczem. Mama chciała iść do szkoły ale on jej przeszkodził bo wiadomo, że później jeszcze bardziej nie dawali by mu spokoju. Po paru dniach rodzice zapomnieli o całej sprawie. W sumie to nie interesuję mnie to w ogóle.
     On miał pokój obok mnie i ten fakt nieźle zaburzał mi moją intymność. W sumie to była to moja osobista sypialnio-jadalnio-salon-siłownia-pokój gościnny. Na przeciwko miałam łazienkę,  do kuchni  schodziłam na dolne piętro na którym i tak nie spędzałabym zbyt wiele czasu. Czas w domu zazwyczaj spędzam samotnie. Ściany pokrywał niebieski kolor idealnie kompatybilny do moich żółtych mebli na specjalne zamówienie.. Czekałam jeszcze tylko na żółte żaluzje. Masakra. Rodzice jak zwykle zwlekali z zamówieniem.
        Gdy wchodziło się do mojego pokoju nie tylko rozmiar przyciągał uwagę ale też zdjęcia przyklejone na ścianach. Przedstawiały one głównie mnie i moich znajomych od najmłodszych lat po dziś dzień. Muszę przyznać, że efekt był niezły. Raz gdy do pokoju weszła moja mama (co zdażało się dość rzadko) spytała dlaczego nie przywieszę tam rodzinnych zdjęć. Problem polegał na tym, że takich nie mieliśmy.
       Wzdłuż ściany było parę półek i półeczek a także dwie spore szafy. Po drugiej stronie stało moje żółte łóżko w nietypowym kształcie.W prawym rogu stał telewizor z podłączonym playstation a w lewym biurko na którym kładłam swojego laptopa. Na przeciw telewizora stały dwa duże, skórzane fotele i mały, szklany kawowy stoliczek. Resztę wolnej przestrzeni zajmowały sprzęty do ćwiczeń.
        Nagle mój wzrok zatrzymał się na jednej z półek. Stały na niej moje ulubione książki-  poczynając od skandynawskiej sagi "Hannah" kończąc na książce autorstwa Niekrytego Krytyka.
Nie mogłam się zdecydować, którą książkę wybrać. Spojrzałam na iPhona- 22:34. Jutro pobudka o 5 więc czas spać.
        Położyłam się na łóżku, przykryłam kołdrą, zamknęłam oczy i zaczęłam sobie wyobrażać jutrzejsze wydarzenia. Gdy tylko wpadniemy do hotelu wybierzemy który pokój jest najlepszy i tam jakoś zorganizujemy sobie czas. To ostatnia wycieczka, więc możemy sobie pozwolić na odrobinkę szaleństwa. Bierzemy pół litra na osobę. Alicji  z początku nie podobał się ten pomysł i musiałam ją przekonywać. Niby nie mamy konkretnych planów ale po alkoholu dzieje się wiele rzeczy... Może to będzie odpowiedni moment żeby zagadać do Dawida? Przyznam, że podoba mi się od jakiegoś czasu... Skończyłam swoje rozmyślenia bo usnęłam.
         Sprawdzanie wcześniejszego dnia czy wszystko wzięłam było zbędne bo i tak dopiero rano przypomniałam sobie o wielu rzeczach których zapomniałam spakować. W dodatku wczoraj położyłam się zbyt późna i jestem spóźniona a w dodatku delikatnie spóźniona. Nie zjadłam śniadania- trzeba dbać o linie, co nie? W biegu ostatni raz wróciłam się do mojego pokoju po telefon. Kurczę no tak jeszcze książka! Hmm pierwsza lepsza... wybrałam jedną z książek z sagi Zmierzch a tak konkretniej to Przed Świtem, czyli ostatnią część, najdłuższą a w dodatku tą, którą najbardziej lubiłam. Doceniam Stephanie Meyer za to jak świetnie zażegnała spór między głównymi postaciami i mimo, że początkowo nie było na to żadnej szansy to historia skończyła się happy endem. Chociaż, że fabuła jest sporo naciągana. Sama bym jej nie kupiła- saga Zmierzch to kolekcja mamy, którą przechowuje u mnie.
         Do miejsca zbiórki podwoził mnie tata. Gdy wkładałam buty (nie chwaląc się- nowiutkie vansy w motyw galaxy) mama rozpoczęła rytuał:
- Wziełaś pieniądze?
-Tak - przytaknęłam
-A telefon?- spytała
-Tak- odpowiedziałam zniecierpliwiona.
- Pamiętaj, żeby zadzwonić gdy już dojedziecie.- przypomniała mi.
-Wiem, nie zapomnę - upewniłam ją. Przecież zawsze to robię. Podeszła i przytuliła mnie. Nie lubiłam gdy to robiła. Wyglądało to dość sztucznie, jakby wyciągnięte z taniej telenoweli.
- Bądź grzeczna, dobrze?
- Jasne, na razie - ubiegłam jej kolejne pytanie w pośpiechu wychodząc z domu. Nie okłamałam jej, przecież będę grzeczna. Trochę grzeczna. Nie mówiła jak bardzo mam być grzeczna! Z resztą pewnie zadała to pytanie z przyzwyczajenia bo odkąd jeżdżę na wycieczki (czyli od jakiejś pierwszej klasy podstawówki) zadaje mi te same pytania.
           Dzięki szybkiej jeździe taty na miejsce dotarłam nie spóźniona co było nie lada wyczynem w moim przypadku. Wysiadłam i otworzyłam tylne drzwi, żeby wyjąć bagaż.
  -Pomóc ci?- spytał niepewnie tata.
  - Nie, dam sobie radę- powiedziałam szybko bo kątem oka widziałam moje przyjaciółki czekające na mnie.
  - Ok...- zrobił pałzę jakby nie wiedział co ma powiedzieć. Stałam już z bagażem czekając aż się zdecyduje.
   -Trzymaj się.- odpalił samochód.
  - No, cześć...- odeszłam.
          Jako najstarszy rocznik dysponowaliśmy pewnym przywilejem. Mogliśmy usiąść z tyłu. Może to śmiesz, że 18-nastolatkowie jarają się tylnymi miejscami autobusu, ale tego nie da się zrozumieć. Nie myliłam się- Alicja jak zawsze przespała większość drogi. W pobliżu na szczęście siedziała Anka z Martą, więc było wesoło. Nawet raz nie zajrzałam do książki bo nie było takiej potrzeby. Wygłupialiśmy się, śpiewaliśmy i po prostu robiliśmy wszystko, żeby ta wycieczka od samego początku była niezapomniana.
           Kierowca autokaru miał nawet płytę z przebojami disco-polo. Przez pierwsze dwie piosenki wszyscy patrzyli po sobie nie pewnie jednak już przy czwartej śpiewał cały autokar- nawet Ci, którzy podobno "nie słuchają disco-polo i nie znają słów" Jeden koleś bronił się nawet tym, że jego mama słucha w domu takich piosenek i stąd zna słowa.
            Raz nawet zamieniliśmy się miejscami z Maćkiem. Dzięki temu mogłam jakąś godzine posiedzieć z Dawidem i pogadać o wszystkim i o niczym. Gdy z nim rozmawiam czuję, że ktoś mnie na prawdę rozumie.
             Podróż minęła bardzo szybko. Nim się obejrzałam zbliżaliśmy się do strefy zamkniętej. Przez okno autobusu widziałam metalową ścianę, reflektory, drut kolczasty a także nachmurzonego żołnierza w budce. Opiekunowie pokazują dokumenty, a żołnierz zadaje rutynowe pytania jak kraj pochodzenia, cel odwiedzin, trasa i czas pobytu. Wydawałby się, że wraz z przejechaniem za szlaban znajdziemy się w innym miejscu.